Szacunek

Szacunek

napisał: Urodzony Bluźnierca
dnia 03.03.2021

Izytor nie miał jeszcze czterdziestki, jednak robił wrażenie dużo starszego. Ciężko pracował na swój wygląd człowieka zmęczonego życiem; głównie cierpliwie wlewając w siebie etanol. W postaciach czasami dziwnych, za to w stężeniach zazwyczaj wysokich. Człowiek - to brzmi dumnie. I ponoć wymaga szacunku, albowiem, jak powiadają, każdy człowiek zasługuje na szacunek. Z racji samego bycia człowiekiem. Traf chciał, że Izytor urodził się ssakiem naczelnym,  człowiekowatym, ale nie szympansem czy gorylem, a - to może być zaskoczeniem - człowiekiem. Przynajmniej systematycznie i fizjologicznie, bo behawioralnie już chyba nie w pełni.

„Człowiek jest wśród wszystkich żywych stworzeń na ziemi istotą wyjątkową i nieporównywalną. Człowiek jest jedyny i specyficzny, oprócz cielesności obdarzony jest rozumem i wolną wolą. Żyje jednocześnie i nierozłącznie w wymiarze duchowym i cielesnym.”*

Izytor był siódmym dzieckiem ojca swego Jana i - choć o tym nie wiedział - szóstym dzieckiem swojej matki. To żaden cud, po prostu nikt mu nie powiedział, że jego matka jest jednocześnie jego najstarszą siostrą. Tatuś Izytora pił bowiem właściwie codziennie i od czasu do czasu wpadał w nastrój frywolny, a jeśli żona nie wydobrzała jeszcze po ostatnim łomocie, który jej spuścił za małżeńskie nieposłuszeństwo, to gwałcił najstarszą córkę. Razu jednego janowy plemnik zapamiętale kręcąc witką dotarł do jajeczka janowej córeczki i skutecznie przedarł się przez powłokę ochronną, a nieco później blastula zagnieździła się w macicy dziewczynki. Izytor został poczęty - alleluja! Już tylko za to szacunek i nadzwyczajna ochrona mu się należy. Izytorowi, ale Janowi oczywiście też - przecież to dawca świętego życia.

Nikt nie wiedział, że matka / siostra Izytora jest w ciąży, bo co by ludzie powiedzieli?

- Zapuściła się. - mawiała matka, kiedy ktoś nietaktownie spytał o coraz bardziej widoczną ciążę dziewczyny.
- Spasła się, bo żre ciągle, zamiast za jakąś robotę się zabrać, a w kuchni syf. - innym razem skomentował tatuś - przyszły niejawny dziadek, szczając odwrócony tyłem do kompanów od kieliszka, a właściwie brudnej szklanki, z której na zmianę pili pędzony przez Jana bimber. Mógł mówić swobodnie, bo nie odszedł daleko od pieńka, na którym siedział - zrobił ledwie krok w tył.
- No, no. Naząb by lepij przyniesła. - skomentował jeden z gości.
- Sam byś przyniós! - odszczekał Jan, otrzepując w pośpiechu rękę, którą sobie właśnie obsikał, obruszon tym chamskim żądaniem. - Znowu pijesz na krzywy ryj i jeszcze żarcia chcesz?! - dodał, bo rodzina przede wszystkim. Bronić świętości trzeba, obcym krytykować nie pozwoli.
- Krzywy ryj to ty masz. - Zdzichu honorem się uniósł.
- Ty za to zaraz możesz mieć krzywy nos ten swój parchaty. - Jan nie pozwoli na taki afront wobec gospodarza.
- To spróbuj! - Zdzichu znowu się uniósł, tym razem fizycznie. Wstał całkiem sprawnie i tylko odrobinę się chwiał.
- Jasiek, do ciebie piję! - inny gość zmienił temat i w ten sposób zapobiegł katastrofie tak świetnie zapowiadającej się imprezy.

„Szacunek i miłość powinny się rozciągnąć także i na tych, którzy w kwestiach społecznych, politycznych lub też religijnych inaczej niż my myślą bądź postępują; im głębiej bowiem poprzez człowieczeństwo i miłość zrozumiemy ich sposób myślenia, tym łatwiej będziemy mogli nawiązać z nimi dialog.”**

Izytor ojcu wiele zawdzięczał. Nie tylko mocną głowę i skłonność do chlania, nie tylko niechęć do czytania, ale także najważniejsze zasady: „buk, honór, ojczyzna”.

- Pamiętaj. Matke bosko trzeba mieć w poważaniu. Głębokim poważaniu. Jak matce boskiej przysięgniesz, że nie będziesz pił, to choćby ci siłą wlewali - nie wypijesz! - pouczał Jan. Izytor dobrze to sobie zapamiętał i nigdy nie przysięgał Matce boskiej.

Honoru Jan nauczył wszystkich swoich synów, a Izytor utrwalił sobie te lekcje na zajęciach praktycznych jeszcze jako małolat, kiedy z najstarszym bratem i jego kumplami wracali z meczu. Byli kibicami lokalnego klubu Pazur Szczurów Podlaski i nie tolerowali wszystkich innych. Szczęśliwie dla nich drugą stroną drogi szedł pechowy turysta. Od razu było widać, że to pechowiec. Chudzinka taka w spodniach rurkach, okularach - ciota jakaś. Przeszli tyralierą na drugą stronę, a że było ich ośmiu, to człowiek nie miał nawet jak ich ominąć.

- Komu kibicujesz? - spytał izytorowy braciak, bo zawsze najbardziej wygadany był. Chłopak rozejrzał się niepewnie, szukając drogi ucieczki, a kiedy nie znalazł, wydukał cicho:
- Tokushimie Vortis.
- Co!? Komu? - odpowiedź ich zaskoczyła, ale udawali, że nie dosłyszeli.
- Tokushimie Vortis. Taki japoński klub z wyspy Sikoku. - chłopak jakby nabrał pewności siebie.
- Kurwa! Co, kurwa, co?!
- Tokushi… - nie zdołał skończyć, bo braciak Izytora uderzył go pięścią prosto w nos. Tak ojciec uczył - honoru Pazura broń, lej w ryj, nie czekaj.

Jak tylko chłopak upadł, doskoczyli do niego pozostali i skopali tak, że na koniec zwinięty w kłębek już nawet nie bardzo próbował się zasłaniać. Dopiero kiedy przestali się znęcać usłyszeli, jak chłopak jęczy i popiskuje. Patrzyli chwilę z zaciekawieniem.

- Milcz chuju! - warknął zirytowany braciak Izytora. Nie podziałało, więc chwycił leżący blisko kawał betonu, chyba starą płytę chodnikową i pochylony uderzył nią kilka razy w głowę leżącego człowieka.
- Kazałem milczeć! Cicho pedale! - wrzeszczał przy tym. Poskutkowało. Kiedy się wyprostował, cisza była doskonała. Słychać było tylko szybki oddech oprawcy - płyta swoje ważyła, więc się zmachał.
- No. I na co ci to było? - zapytał retorycznie i rzucił beton na nieruchomą już głowę chłopaka. Nie było już człowieka, tylko to rachityczne ciałko w poszarpanym, brudnym ubraniu i potłuczone, zakrwawione okulary wystające spod betonowej płyty.
- Szacun - mruknął z podziwem Izytor i od tej pory rzeczywiście najstarszy brat był przez niego z wielkim szacunkiem traktowany.

Estyma ta ustała tylko na jakiś czas, po tym, jak starszy brat pozwolił na to, aby młodszy brat połamał mu dwa żebra i wybił obie górne jedynki za to, że starszy wypił bez pytania piwo młodszego. Izytor na chwilę stracił szacunek dla brata, bo ten okazał się cieniasem. Przemyślał jednak sprawę i doszedł do wniosku, że może jednak nie, bo przecież się nie skarżył, a wpierdol dostał nie od byle kogo, ale od Izytora - twardziela, że hej.

Jan uczył też synów ojczyzny, patriotyzmu, jak powiedzielibyśmy dziś.

Kibicujesz zawsze naszym! Polska, biało - czerwoni! Nie żadnym Niemcom, czy innym czarnym. - dodał dla jasności.

Bo Polakiem jesteś, ojciec Polak, dziadek Polak i ten, no, tak dalej. - Nie dodał Polak - katolik, bo wtedy jeszcze PiSu nie było, więc nie wiedział. Nie powiedział też, że ojciec i dziadek to ta sama osoba, bo już dawno o tym nie myślał, więc to nie miało miejsca.

Córki natomiast Jan uczył posłuszeństwa i żeby cicho siedziały - tradycjonalistą był.

Izytor powinien być w zasadzie Izydorem, ale że ojciec piśmienny był głównie w teorii i to dawno temu, to zgłaszając nowego syna w urzędzie wpisał “Izytor”. I tak zostało, bo urzędnik był równie rozgarnięty, jak Jan i puścił tak, jak było napisane pisało. Nie powinno to dziwić w świetle tego, że urzędnikiem tym był wuj Izytora, mniej pijący brat Jana - szycha urzędowa. Izydor czy Izytor - co za różnica? Kumple i tak mówili do niego Izi, choć łatwo z nim nie było. Łeb miał mocny, jak cholera, a i przywalić potrafił znienacka i za nic właściwie. Miał szacunek na dzielni.

Izytor nie miał jeszcze czterdziestki i nadal był bezdzietnym kawalerem. No szacun za charakter. Nie to, żeby nie chciał, ale trafiały mu się albo dziwki niewierne, albo takie, co to lecą tylko na kasę, a Izytor nie był materialistą i kasy nie miał. Bo i skąd? Co do dzieci, to jedna taka - córka jednego z kumpli twierdziła, że jest ojcem jej dziecka, ale to dziwka przecież nieletnia była, wrobić go chciała. Jej ojca, kiedy zaczął za bardzo naciskać, Izytor razem z braciakiem obił solidnie i problem zakończył.

Izi co prawda przeleciał ją kiedyś po tym, jak spił jej ojca (i dwóch innych kumpli), bo dziewczyna, choć niby trzynastoletnia, to dojrzała była bardzo i cały wieczór się przy nim kręciła. Z początku się opierała trochę, ale wiadomo - kobiety udają, że tego nie chcą, ale tak naprawdę to chcą. Wszyscy kumple tak gadali, to musiała być prawda. A że to niby jego dziecko? Nie czuł, żeby była dziewicą, a tego wieczoru wziął ja później jeszcze braciak. To ilu jeszcze innych ja miało? Izytor był prawdziwym facetem - w bachora się wrobić nie da.

To, że dziecko było Izytora można było domniemywać już zaraz po urodzeniu. Noworodek, podobnie jak Izytor i jak jego ojciec i ojciec jego ojca, miał krogulcze małe palce u stóp, dziwacznie wystające łopatki, mocno obniżone barki i opuszczony na końcach obojczyk. Zupełnie, jak u Izytora lub Jana. W końcu Izytor nie był pierwszym dzieckiem chowu wsobnego w rodzinie od strony ojca.

Izytor żałował później, że nie uznał dziecka. Świeżo upieczona matka, za namową własnej matki i ojca nie szczepiła noworodka. Bo wiadomo, że szczepionki to mogą ałtyzm spowodować, a w ogóle to lekarzom nie można ufać, im tylko o kasę chodzi. Szacunek dla ludzi, a podwójny dla matek, za odmienne poglądy. Skończyło się tym, że ośmiomiesięczny, potwornie kaszlący niemowlak „leczony” przez znajomego naturopatę preparatami homeopatycznymi zmarł na krztusiec po kilku tygodniach męczarni. Izytor wtedy właśnie pomyślał, że trzeba było dzieciaka uznać, bo zasiłek pogrzebowy to  jednak kawał grosza, a może i coś z ZUSu dostali, z ubezpieczenia?


* Benedykt XVI - Szacunek dla każdego rodzącego się ludzkiego życia, 27 XI 2010 — Homilia podczas pierwszych Nieszporów Adwentu

** Człowiek godny szacunku - Katecheza Soboru Człowiek godny szacunku


Tagi


Nieśmiało zachęcam:

Podziel się, udostępnij, skrytykuj, albo złośliwie pochwal, jakkolwiek skomentuj.

Komentarze


Więcej do czytania:


Kanał RSS

Cytuję losowo


Jeśli walce nie towarzyszy elementarny szacunek dla oponenta, wówczas jedynym satysfakcjonującym celem jest jego zniszczenie.
Krzysztof Sowiński
cytatów wszystkich całe mnóstwo →

O blogu


Umysłowy refluks. Osobisty magazyn zbłąkanych myśli, wypluwek z mniemaniami, drzazg spośród zwojów, niespodziewanych zapisków i notatków. Tak widzę i słyszę (więcej zmysłów nie pamiętam) świat. Nie twierdzę, że świat taki właśnie jest, nie twierdzę, że mam rację. Dlaczego jednak miałbym zawsze zakładać, że jej nie mam? Jest to przecie racja na miarę moich możliwości i jedyna, jaką mam. We łbie. Moja mała dzielna racja wśród wielkich kiełbi.

O blogu

Pokategoryzowałem