Jeleń na tropie łosia, czyli emanacja ignorancji

Jeleń na tropie łosia, czyli emanacja ignorancji

napisał: Urodzony Bluźnierca
dnia 09.09.2020

Mam jedno proste, choć wielokrotnie złożone pytanie. Co siedzi w głowie człowieka, który na etapie poprawek projektowych i kosztorysowych twierdzi, że potrzebuje dodatkowego pomiaru stanu „zero” ze szczegółowością na poziomie budowy Wielkiego Zderzacza Hadronów, albo laboratorium ciekłych materiałów wybuchowych, bo będzie przeprojektowywał rowy melioracyjne? Rowy! W ramach budowy autostrady Jana Pawła, czy omal nie błogosławionego Lecha Kaczyńskiego.

Rowy melioracyjne służą dwóm sprzecznym celom. Mają teren nawadniać, bądź wodę odprowadzać. Czasami jednocześnie. Te przeprojektowywane mają odprowadzać, bo inaczej będzie bagno. Potwierdzam - jest bagno i ja w nim grzęznę. Nie cały czas, bo żeby dotrzeć do tego bagna musiałem przemierzyć łąki, przedrzeć przez krzaki, osty i pokrzywy większe ode mnie, pola uprawne, rżyska i „oranice”.

Bagno

Lazę sobie przez kukurydzę. Głowa pochylona, ramiona uniesione i w lekkim skosie, żeby łatwiej przedzierać się między wielkimi liśćmi i odbijać barkami dojrzałe już prawie kolby. Lazę i lazę, i lazę - gdzie ja jestem? W Południowej Dakocie? Na wszelki wypadek zerkam na GPSa - nie, pozycja pokazuje mi wyraźnie: zadupie w północno-wschodniej Polsce. Kto by pomyślał? Ciągnące się chyba z kilometr pole kukurydzy. U nas! Nie to jest dziwne, że pole wielkie, tylko to, że takie jednorodnie kukurydziane.

Kukurydza

Dla niezorientowanych w realiach opisuję i objaśniam. Różnica wizualna pomiędzy Polską A i Polską B sprowadza się do tablic z nazwami miejscowości. Kiedy na przykład na Śląsku jedziecie przez miasto, to gdyby nie tablica z nazwą innego miasta, to nie wiedzielibyście, że właśnie trafiliście z jednego miasta do drugiego. Kiedy natomiast u nas jedziecie przez "nic" śród pól i lasów, mijacie tablicę z nazwą miejscowości i zastanawiacie się, gdzie jest miasto, bo nadal po lewej macie las, po prawej pole pszenicy, a za nim jezioro.

ChwastyZapieprzam więc sobie przez tę kukurydzę, a że głowę mam opuszczoną, to widzę co i rusz tropy. A to zajączka, a to jakiegoś kopytnego drobnego, sarenki może czy koziołka - nie odróżniam, bo choć prowincjusz to jednak dość „miastowy” jestem. Gapię się tylko bezmyślnie, bo głowę mam zajętą jedną myślą: “kiedy się kurwa skończy ta kukurydza?”. Aż tu bum - absurdalnie wielki, szeroki i głęboki ślad. Niedźwiedź to nie jest, bo ich u nas już nie ma, więc musi to być niechybnie łoś. No tak, w okolicach bagna i lasy, a tu kukurydziana wyżerka. Zmieniłem rządek, którym szedłem, szybko wpadłem w trans: dalej, dalej, krok za krokiem, byle wyjść z tej kukurydzy.  Aż wszedłem w cień. Skąd cień na polu kukurydzy? Uniosłem głowę, a tu łoś.

On stoi, ja stoję. Patrzy na mnie spokojnie z góry, ja zerkam niepewnie znad ziemi, choć niby ciągle stoję. Dzień jest słoneczny, ale ja stoję w cieniu łosia, więc nagle rozpętała się burza. Choć mała, bo to tylko burza mego małego mózgu, to dramatyczna jednak. Dramatyzm jej teraz przypominam i werbalizuję ku pamięci pokoleń.

Łoś jest roślinożerny, ale jednak to dzikie zwierzę. Kawał zwierza - toż to może ważyć dobrze ponad pół tony, a ja teraz nawet nie osiemdziesiąt kilogramów. Do tego jakoś na jesieni ma sezon godowy. Niby konkurencją dla niego jestem żadną, ale jednak obcym samcem owszem. Wielka ta jego gęba po cholerze. Wyraźnie widzę, jak porusza nozdrzami i chyba lekko chrapami. A nad tym wszystkim nieruchome, wpatrzone we mnie wyłupiaste oczy. I poroże. Nie, żeby wpatrzone, ale nie da się go nie dostrzec, raczej przyciąga uwagę. I rzuca cień.

A jak na mnie ruszy? Uciekać? Czekać, a później uciekać, czy już uciekać? A może zrobić zdjęcie? A może ze strachu narobić w portki (to akurat byłoby łatwe) i smrodem go odstraszyć? A może lepiej powoli wycofać? A jeśli będzie gonił? Cholera wie. Pewnie coś kiedyś czytałem, ale nic nie pamiętam. Dlaczegóż nie mam takiej pamięci, jak bohater grany przez Antony`ego Hopkinsa w „Lekcji przetrwania”? On by wiedział. A ja nie mam pojęcia, jak zachowują się łosie w takiej sytuacji. Nie pierwszy raz widzę łosia, ale pierwszy raz z tak bliska i jestem w takim impasie decyzyjnym. Niby w ręce mam tyczkę. Jakieś półtora metra włókna węglowego z zaostrzonym końcem. Jestem uzbrojony! Tylko w razie czego, to w co miałbym go dźgnąć? W pierś? Łoś wydął na moment dolną wargę, jakby czytał mi w myślach i go to rozbawiło. Może wrazić mu tyczkę w oko? Co? To cię już nie śmieszy? I tu wylazła, siedząca we mnie gdzieś naturalnie i głęboko, autodestrukcyjna lewackość: nie, to bez sensu, tylko go bym okaleczył. O ile by mi się udało trafić. W końcu to walka o życie i/lub zdrowie. Co? Jaka walka!? On stoi, ja stoję. Stoimy tu sobie tylko. No tak, on może i ma czas, ale ja jestem w pracy. I muszę wyleźć w końcu z tego pieprzonego pola kukurydzy! Zakładam tyczkę na ramię i ruszam w prawo. Kątem oka widzę, że on też rusza w prawo. Na szczęście swoje prawo.

Ciekawa jest praca terenowca.

Wszystko to święta prawda, tylko spotkanie z łosiem zmyśliłem…

 


Tagi


Nieśmiało zachęcam:

Podziel się, udostępnij, skrytykuj, albo złośliwie pochwal, jakkolwiek skomentuj.

Komentarze


Więcej do czytania:


Kanał RSS

Cytuję losowo


Wprawdzie — jak mówił — nie możemy wybrać sobie momentu narodzin, ale prawo do wyboru momentu śmierci, jako posiadacze wolnej woli, mieć powinniśmy.
Janusz Leon Wiśniewski
I odpuść nam nasze ...
cytatów wszystkich całe mnóstwo →

O blogu


Umysłowy refluks. Osobisty magazyn zbłąkanych myśli, wypluwek z mniemaniami, drzazg spośród zwojów, niespodziewanych zapisków i notatków. Tak widzę i słyszę (więcej zmysłów nie pamiętam) świat. Nie twierdzę, że świat taki właśnie jest, nie twierdzę, że mam rację. Dlaczego jednak miałbym zawsze zakładać, że jej nie mam? Jest to przecie racja na miarę moich możliwości i jedyna, jaką mam. We łbie. Moja mała dzielna racja wśród wielkich kiełbi.

O blogu

Pokategoryzowałem