Mary Roach - Sztywniak

Mary Roach - Sztywniak

napisał: Urodzony Bluźnierca
dnia 19.10.2019

Gdyby nie jednoznaczna okładka, to tytuł mógłby być mylący. Mógłby sugerować, że jest to opowieść o kimś, kto z pewnością nie jest duszą towarzystwa, kto raczej tonuje emocje, niż je pobudza, kto bawi się w sposób niezbyt widoczny dla innych, jeśli w ogóle się bawi. Bo kto go tam wie? Co się kryje za tym niechlujnym zarostem i pod krzaczastymi, nisko opuszczonymi brwiami? Sztywniak. Mogłaby to być opowieść o mnie. Nie, tak tylko na chwilę wypuściłem na popas swoje narcystyczne alter ego.

Sztywniak. Gdyby nie okładka, to tytuł mógłby sugerować opowieść o człowieku zawsze nienagannie ubranym, stosownie do okoliczności, z doskonałymi, nieco staroświeckimi manierami, idealnie przystrzyżoną, zadbaną brodą, lekko podkręconymi wąsami. Z bawełnianą, zawsze czystą i wyprasowaną chusteczką w kieszeni marynarki, z poszetką we właściwym kolorze dodającym szyku całości postaci. Nie, nie mam takiego alter ego, czego luba ma bardzo, bardzo żałuje, odkąd mnie poznała, jak przypuszczam.

Okładka jest jednak jednoznaczna i można się domyślić, że jest to książka o superbohaterach. Niech no znajdę cytat. O proszę: „niestraszny im ogień, potrafią znieść upadki z wysokich budynków i czołowe zderzenie ze ścianą. Można do nich strzelać, przejechać im po nogach motorówką — to ich nie rusza. Można bez szkody usuwać im głowy. Są w stanie być w sześciu miejscach na raz.”. Uhm, „zwłoki to nasi superbohaterowie”.

Brzmi żartobliwie, ale żartem wcale nie jest. Ani przesadą. Na przestrzeni lat, dekad, wieków sztywniacy uratowali więcej ludzkich żyć, niż wszyscy superbohaterowie uniwersum Marvella i innych uniwersów, które z pewnością istnieją, tylko ja o nich nie słyszałem.

Mary Roach - Sztywniak - okładka

To książka o tym, jak bardzo da się wykorzystać zwłoki, nie, to złe określenie, jak wszechstronnie użyteczne mogą być ciała, które właścicielom nie są już zupełnie potrzebne. Dzięki ludziom o otwartych umysłach, którzy potrafili wznieść się ponad kulturowe uprzedzenia, religijne bajki o ciałach powstających z grobu w dniu sądu i inne ograniczające nasz racjonalizm uwarunkowania, nasze życie zmienia się na lepsze. Podróżujemy bezpieczniej samochodami, samolotami, rowerami; lekarze leczą, czy raczej naprawiają nas skuteczniej; mniej saperów traci nogi, rzadziej policjanci giną od postrzałów; gładsze gęby mają zakochani w swojej młodości zamożni celebryci i mnóstwo innych pożytków wynika z tego, że można użyć sztywniaków do testowania i nauki. Mary Roach bardzo skrupulatnie, ale i ze swadą, a często i humorem wylicza te pozytywy. Świetnie się o tym czytało. Nie tylko o tym zresztą. Równie ciekawe są historie z przeszłości i wizje przyszłości w naszym, ludzkim podejściu do traktowania naszego truchła bez dziwacznego sentymentu i nieuzasadnionego szacunku. Ten szacunek jest w książce zachowany, tak przez autorkę, jak i przez ludzi mających bardzo sensowne pomysły na zmianę naszych tradycyjnych przyzwyczajeń, jeśli chodzi o to, co ma się stać z naszym ciałem po tym, jak przestanie ono być nosicielem naszego ja. Presja społeczna jest zbyt duża, aby dało się szybko i łatwo odczarować patrzenie na nasze ciało z właściwej perspektywy, czyli jak na masę mięsa, kości i podrobów. Da się je wykorzystać z pożytkiem, nie jako pokarm, bo to, jak stwierdził jeden z naukowców, jest nieopłacalne, nieekonomiczne, ale jako materiał do testów, badań i nauki. Szczytny cel! Decyzja o oddaniu naszego ścierwa do dyspozycji instytucji badawczych, dla wielu z nas byłaby najlepszą rzeczą, jaką zrobiliśmy w naszym pustym, bezproduktywnym, egoistycznym życiu. A wbrew pozorom te instytucje, a raczej ludzie, którzy w nich pracują, traktują zwłoki z dużo większym szacunkiem niż ja.

Zdaje się, że w ten sposób niespecjalnie zachęcam do przeczytania książki. No cóż? Nie mam tyle taktu, co autorka, nie mam jej polotu w pisaniu, nie mam też wiedzy choćby zbliżonej do tej, której nabyła, pracując nad „Sztywniakiem”. Postrzegam ciało jako biologiczną, chemiczno-elektryczną maszynę, skomplikowaną i wspaniale działającą. Dopóki działa, bo jak się coś spieprzy, to okazuje się, że stwórca dał ciała już w trakcie projektu. I teraz biedny lekarz musi naprawiać jego błędy, a my oczekujemy od niego, że będzie pewien tego, co robi i efektu swojego działania. Ale ciała, żeby się na nim uczył, już oddać nie chcemy, lepiej, żeby gniło w ziemi albo spłonęło w krematorium. Sam nie wiem, co bardziej bezsensowne.


Nieśmiało zachęcam:

Podziel się, udostępnij, skrytykuj, albo złośliwie pochwal.

Więcej do czytania:


Tagi


Komentarze

Kanał RSS

Cytuję losowo


Wiele razy byłem blisko śmierci i nie widziałem żadnej postaci w białej szacie na końcu tunelu - z wyjątkiem jednego razu, kiedy okazała się zmęczonym lekarzem stażystą na oddziale ratunkowym szpitala Charing Cross.
Edward St Aubyn
Jakaś nadzieja
Patrick Malrose
cytatów wszystkich całe mnóstwo →

O blogu


Umysłowy refluks. Osobisty magazyn zbłąkanych myśli, wypluwek z mniemaniami, drzazg spośród zwojów, niespodziewanych zapisków i notatków. Tak widzę i słyszę (więcej zmysłów nie pamiętam) świat. Nie twierdzę, że świat taki właśnie jest, nie twierdzę, że mam rację. Dlaczego jednak miałbym zawsze zakładać, że jej nie mam? Jest to przecie racja na miarę moich możliwości i jedyna, jaką mam. We łbie. Moja mała dzielna racja wśród wielkich kiełbi.

O blogu

Pokategoryzowałem


Się integruję


Bloglovin
zBLOGowani.pl