Na Iwana, na Kupała

Na Iwana, na Kupała

napisał: Urodzony Bluźnierca
dnia 08.08.2019

Dziesiątki aut, tysiące ludzi. Grille, stoliki, namioty. Wielki piknik. Festyn w Dubiczach Cerkiewnych jak zawsze radosny, rodzinny, rojny.

Na scenie najpierw występy folklorystycznych ansambli. Każdy zdobył pierwszą nagrodę w takim czy innym konkursie. Ile takich konkursów jest? Mniej niż zespołów? Z dzieciństwa, po obowiązkowych udziałach w różnych oficjalnych akademiach, został mi spaczony obraz nudnych i sztywnych występów „zespołów ludowych”. Dopiero niedawno wyprostowało się moje ich postrzeganie. Dzięki takim jak ten festynom. Tańczącym i śpiewającym dzieciakom sprawia to wyraźną radochę, Starsi, czasami bardzo starsi, są wyraźnie dumni z tego, co robią, a wszyscy często pokazują wyjątkowy kunszt, talent, piękne współbrzmienie i wspaniałe głosy. Tym razem szczególnie ujął mnie jeden utwór śpiewany przez siedem babinek i jednego staruszka. Potężny bas dominował nad śpiewającymi ze specyficzną manierą kobietami. Natychmiast nasunęło mi się skojarzenie z Topolem ze „Skrzypka na dachu” i choć ze sceny nie padło, to między uszami zagrzmiało mi: „Tradyszyn!”.
W czasie, gdy pożywiałem się karkówką z rusztu i pieczonymi ziemniakami, do mych uszu dotarł tekst refrenu jednej z przyśpiewek:
- Oj, toi, toi! - proroctwo jakieś? Niektóre ziemniaki były twardawe, więc rozejrzałem się czujnie, wypatrując najbliższego Toitoja. Był, ale na szczęście nie był; potrzebny. Mogłem więc spokojnie oddać się próbom zrozumienia, o czym śpiewają artyści. A pieśni były głównie o miłości, nie tylko o przenośnych toaletach. Wiele się dowiedziałem. Choćby tego, że czarne brwi u kobiety, to jakiś kanon piękna. Częstotliwość pojawiania się „cziernobrewych” piękności w tekstach piosenek zakrawa na jakiś fetyszyzm. Jak słowiański blond warkocz, czy latynoski wielki tyłek.


Gwiazda, czy też jedna z gwiazd wieczoru nie rozczarowała. Świetna, dynamiczna kapela Horpyna poleciała nie tylko folkowym rockiem, chwilami w klimacie Bregovića, ale też coverami. Jakimś szlagierem blues’owym, ze względu na sekcję dętą, choć niewielką, to przypominającą Blues Brothers, „Highway to Hell” AC/DC z własnym tekstem i aranżacją, którą początkowo wziąłem za zwykłe zrzynanie z klasyki. Świetnie się tego słuchało i choć nie było to takie odkrycie, jak Jurij Kloc sprzed bodajże dwóch lat, to do Horpyny na pewno wrócę jeszcze przez YouTube.
Refren: „Pidzuele pidmano” znają wszystkie dzieciaki, młodzież i młodzi dorośli wokół nas. Nic dziwnego, wpada w ucho, aż się chce zaśpiewać razem z nimi. Oszczędzam im jednak tego okrucieństwa. Nie będę psuł zabawy swoim talentem muzycznym, który potrafi rozłożyć na łopatki nawet grupowe „sto lat”. Dość powiedzieć, że aby uniknąć grupowego cierpienia, na lekcjach muzyki w szkole podstawowej pozwalano mi deklamować, miast śpiewać. To też nie był popis oratorski, ale łatwiej było znieść.
Nie mam oczywiście pojęcia, co znaczy „pidzuele pidmano”, więc jak zwykle wspomagam się wiedzą i wyczulonym lingwistycznie i brzmieniowo uchem mej lubej.
- Pozbawiłaś mnie rozumu, odebrałaś mi zmysły, z miłości pewnie. - zaczyna wyjaśniać.
- Tyle znaczenia w dwóch słowach? - myślę sobie.
- Pozbawiłaś mnie uma. Coś w tym stylu, nie jestem pewna. – doprecyzowuje. No tak, jak zwykle, usłyszałem, co usłyszałem, a nie to, co ktoś zaśpiewał. Nie szkodzi, i tak sporo domyślam się tego, co mówią i śpiewają po ukraińsku. Język ten, podobnie jak białoruski, jest przeze mnie jakimś cudem często całkiem dla mnie zrozumiały. Czy rzeczywiście słowa znaczą to, co myślę, że znaczą, to już inna sprawa. To w końcu nie kwestia życia i śmierci, a zabawa. W moim wykonaniu pewnie klasyczna komedia pomyłek.
Jesteśmy tu już kolejny raz i zawsze byłem zachwycony tym, że w tym kulturowym i narodowym miszmaszu przez cały wieczór panuje spokój. Młodzi, starzy i najstarsi, pijani i trzeźwi, głośni i cisi, Ukraińcy, Polacy, tutejsi i napływowi, i cholera wie jeszcze, jakie narodowości czy tożsamości, nie generowały burd ni konfliktów. Ochrona i policja nie miały zajęcia. Ot, czasami trzeba było powstrzymać kogoś przed wejściem z piwem w wydzieloną strefę przed sceną. Bez dyskusji i oporów. Łatwizna, też bym dał radę. Poprzednimi razy. Tym razem były jednak małe zgrzyty.


Dwa drobiazgi, ale jednak. Po męce podejmowania decyzji, jaką wędlinę kupić na stoisku pełnym pyszności, z torbą pełna kiełbasy i wyjątkowego chleba wyruszyłem do samochodu, żeby cuda te zostawić w bagażniku. Maszeruję dziarsko jedną z alejek przez parking, na który dojeżdżają już tylko jacyś spóźnialscy. Na wprost mnie idzie kilku młodziaków i z daleka słyszę, jak jeden z nich „wita się” na lewo i prawo. Zna wszystkich? Wypatruje naszego auta, a kiedy się mijamy, słyszę:
- Siema! No siema, kurwa! - to do mnie, jak mniemam. Nie zwalniając kroku, zerkam w bok na twarz krzykacza. Gęba mi całkowicie nieznana, wyraźnie podchmielony, oczy błyszczące. Chyba zaczepki szuka. Kiwam głową, jakbym się witał, choć w myślach mam: „spadaj szczylu”. Wystarczyło. Nic się dalej nie zdarzyło.


Kulminacyjny punkt wieczoru, dziewczyny białym szpalerem wmaszerowują na łączkę przy ognisku. Muzykę stanowiąca tło do ceremonii przekrzykuje jakiś podpity gość w co najmniej średnim wieku. Wlazł za barierki oddzielające widownię od części widowiskowej.
- Po ukraińsku?! Na polskiej ziemi? - powtarza dwa razy. Nie mówi do nikogo konkretnego. Wygłasza mowę do przypadkowo stojących w pobliżu osób. Kobiet i dzieci.
- Ja jestem Polakiem! Ja nie znam tego języka. A ty znasz? - zadaje pytanie w przestrzeń.
- Nie znam języków i jestem z tego dumny. - mówię głośno, licząc, że mnie usłyszy, i w głowie układam dalszą część:
- Pan jest Polakiem? Ja jestem Polakiem, a pan jest burakiem z Cebulandii, a nie Polakiem.
Niestety nie usłyszał mnie, stałem za daleko, muzyka była zbyt głośna. Odpowiedziała mu jakaś kobieta:
- To jest tutejsza tradycja przecież po prostu. Stąd.
- Ale teraz tu jest Polska! - dżentuman nie odpuszcza.
- Daj pan posłuchać i obejrzeć występ. - rozsądna kobieta nie wdaje się w dalszą dyskusję z durniem, a ten szczęśliwie znajduje sobie inny obiekt zainteresowania. Zauważył ratowników, którzy asystują przy brzegu. Lezie do nich.
- Uratujecie mnie? Uratujecie?! - Młodzi ludzie nawet na niego nie spojrzeli, zajęci swoimi obowiązkami. Spojrzał za to jeden z rosłych ochroniarzy. Spokojnie podszedł, jedną ręką łatwo zawrócił pijaczka i wyprowadził gdzieś na bok. Profesjonalnie, skutecznie, bez awantury. Brawo.


Czy po prostu wcześniej nie trafiłem na takie zachowania, czy to aktualny trend? Zmieniają się nastroje, narasta nacjonalizm? Akceptacja zachowań rasistowskich, nakręcany strach przed innością, pusty, prostacki patriotyzm w mediach „narodowych” zaczyna być coraz bardziej powszechny, tolerowany, a nawet promowany. Taka teraz obowiązuje linia polityczna. Rządzić dzieląc, szczując, konfliktując. Takie czasy mamy. Zaczyna się powtórka z historii sprzed wieku? Oby nie, bo skończy się marnie i dla ludzi i dla Polski. Pustosłowie „silni, zwarci, gotowi” powraca.
Nie zostaliśmy do końca, bo czuliśmy, że nasze psy usychają z tęsknoty i samotności, dręczone obawami, że je porzuciliśmy już na zawsze. No i baliśmy się, że Joszko, nie specjalnie, przez nieuwagę jedynie, chcąc wyjrzeć przez okno, zrzuci na podłogę telewizor. Wracając, minęliśmy grupkę policjantów i policjantek. Spojrzałem w ich twarze. Znudzone dzieciaki. No tak, siwy jest już dominującym kolorem na mojej głowie, więc i postrzeganie ludzi inne. Zamiast budzącej respekt policji zobaczyłem dziecięcy szwadron, w analogii do dziecięcej krucjaty.
Świetna impreza. My tu jeszcze wrócimy.


Nieśmiało zachęcam:

Podziel się, udostępnij, skrytykuj, albo złośliwie pochwal.

Więcej do czytania:


Tagi


Komentarze

Kanał RSS

Cytuję losowo


Po odzyskaniu niepodległości najważniejsza była praca na rzecz wyrównania cywilizacyjnego poziomu miast i wsi, gdyż przy tak wielkich nierównościach pokusa oszukiwania najbiedniejszych jest zbyt wielka.
Andrzej Koraszewski

O blogu


Umysłowy refluks. Osobisty magazyn zbłąkanych myśli, wypluwek z mniemaniami, drzazg spośród zwojów, niespodziewanych zapisków i notatków. Tak widzę i słyszę (więcej zmysłów nie pamiętam) świat. Nie twierdzę, że świat taki właśnie jest, nie twierdzę, że mam rację. Dlaczego jednak miałbym zawsze zakładać, że jej nie mam? Jest to przecie racja na miarę moich możliwości i jedyna, jaką mam. We łbie. Moja mała dzielna racja wśród wielkich kiełbi.

O blogu

Pokategoryzowałem


Się integruję


Bloglovin
zBLOGowani.pl