Muzeum Polin, czyli co wspólnego mają ze sobą Żydzi i pająki

Muzeum Polin, czyli co wspólnego mają ze sobą Żydzi i pająki

napisał: Urodzony Bluźnierca
dnia 26.02.2019

Dziś stolicznej ekskursji ciąg dalszy. Nogi powiodły nas spod PKiN na Anielewicza 9, do Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Dziewczyny, bardziej obyte w świecie (i leniwe, ale pssst) chciały podjechać tam komunikacją miejską, ale ja, zaprzysięgły prowincjusz z dziada pradziada przekonałem je, że łatwiej i szybciej będzie pieszo. A tak po prawdzie to zwyczajnie nie mogłem zorientować się, czy takie wielkie czerwone M to McDonalds, czy warszawskie metro i po prostu bałem się zejść pod ziemię. Gdyby Bóg chciał, żebyśmy łazili tunelami, to by nas ślepymi stworzył przecie. Po powierzchni ziemi, na nogach też się da i to bezpieczniej. Wystarczy tylko w porę uskakiwać przed pędzącymi hulajnogami, uważając, by nie potknąć o porzucone w różnych dziwnych miejscach … hulajnogi. Warszawa hulajnogami stoi. Stoi, leży i jeździ.

To pierwsze muzeum, do którego wchodziłem przez bramkę wykrywacza metalu. Do kluczy i blaszanego bębenka w tacce po lewej, dorzuciłem powerbank, bo w tacce po prawej miały być prześwietlane torby, a mój powerbank na ekranie wygląda jak piękna mała, zgrabna bomba. Przetestowane w jednym z warszawskich sądów. Po prawej pojechała więc tylko pełniąca funkcję portfela saszetka z dokumentami i kartami. I przeszedłem. Obalając tymi trzema niespiesznymi krokami mit propagowany przez hollywoodzkie filmy, że klamra od paska wzbudza alarm. Jeśli nie jest wielkości miny przeciwpiechotnej — nie wzbudza. O prewencyjnym zdjęciu paska pomyślałem, ale nie zdecydowałem się, bo jednak facet z gaciami w garści traci na godności. I słusznie zrobiłem. Z paskiem w szlufkach mogłem dumnie wkroczyć na teren i nie czekać z podciągnięciem spodni z kostek, kiedy z rękami wysuniętymi na boki czekałem, aż ochroniarz sprawdzi mnie dodatkowo ręcznym wykrywaczem metalu, czy co toto wykrywa. Klamry nie wykrywa.

Zajęty refleksją nad fałszywym obrazem świata, jaki mam z powodu oglądania głupich amerykańskich filmów, zapomniałem odebrać swoją saszetkę. W te pędy wróciłem do wejścia, z daleka już waląc w bębenek (już wiecie, po co mi bębenek?) i krzycząc „To moje! To moje!”. Okazało się, że niepotrzebnie, saszetka czekała na mnie spokojnie na stole obok panów ochroniarzy. Szybko sprawdziłem jej zawartość i stan kart kredytowych. I niestety okazało się, że nikt nie spłacił mojego debetu.

Muzeum

Polin1 to nie jest klasyczne muzeum. To interaktywna, jeśli zechcemy, opowieść wkomponowana w wystawę. To wędrówka w czasie od średniowiecza do czasów współczesnych naszym rodzicom lub dziadkom. Jednocześnie wędrówka po Polsce, tej przeszłej i zaprzeszłej, jak i porozbiorowej. Eksponatów jest mało, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie, ale wokół nich utkana jest sieć historii obecności narodu żydowskiego na ziemiach polskich. Polskich w tym, czy innym momencie historii.

Przemyślana, świetnie zorganizowana ścieżka od obrazu do cytatu, od zdjęcia do planszy, od diagramu do mapy, od filmu do lampy chanukowej, od Talmudu do menory. To wciąga, przyciąga uwagę, budzi ciekawość, czasami refleksję (to pewnie nie w każdym, ale przecież nikt nie jest doskonały), czasami zazdrość bądź współczucie. Warto mieć wcześniej przygotowany, na zapas głęboko schowany czas. Dużo czasu. My go nie mieliśmy i z żalem połowę oglądaliśmy w biegu, „po łebkach”. Ale ja tu jeszcze wrócę!

Nie piszę tak pochlebnie dlatego, że lubię Żydów. Ta wystawa jest po prostu dobra. To świetnie zaplanowana i wykonana praca, dopieszczona z myślą o zwiedzającym, a nie tylko o samej historii.

To dopieszczanie zwiedzających objawiło nam się na koniec w jeszcze jednej postaci, kiedy dał o sobie znać najważniejszy z ludzkich organów, czyli żołądek. Wysłał do mózgu rozkaz: napełnij mnie! Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć do wypatrzonej wcześniej restauracji. Z koszernymi, typowo żydowskimi daniami oczywiście. Trochę mnie zaskoczyło to, że to restauracja, w której nie ma kelnerów. Pod tym względem to raczej stołówka. Długi przeszklony kontuar, tacki i możliwość wskazywania palcem, co chcemy zamówić. Brak kelnerów zrekompensowała obsługa: miła, uśmiechnięta, sprawna. No i żarcie. Jedliśmy tam we troje i wszyscy chwaliliśmy. Mnie nazwą zdobył Gulasz drobiowy a`la gęsie pipki. Jak mógłbym tego nie zamówić? Tak naprawdę to po prostu gęsie żołądki przygotowane wg receptury na żydowski gulasz z gęsich szyjek, ale pod tą nazwą to cymes. Który zresztą także można było zamówić. Wyjątkowo pyszne podroby.

Żydzi

Tak, lubię Żydów, podobnie jak Angoli, tylko z zupełnie innych względów. Żydów lubię, bo to bystrzaki. Oczywiście, jak w każdym narodzie są też głupcy. Głupcy są wszędzie, wśród Żydów, Arabów, Polaków, Szwajcarów, Inuitów. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Jeśli jednak spojrzeć na przykład na noblistów, to okazuje się, że, łagodnie rzecz ujmując, to naród przodujący. Niejeden Polak noblista to polski Żyd. Może gdyby gdzieś tam na moim drzewie genealogicznym rósł jakiś Żyd lub Żydówka, to byłbym inteligentniejszy, zdolniejszy, potrafiłbym zarabiać pieniądze? Sądząc jednak po tym, jaki jestem, to raczej niemożliwe niestety. Tak, wiem, że to nie kwestia genetyczna, w nikłym stopniu uzależniona od wrodzonego IQ, że to przede wszystkim sprawa kulturowa2. Nie umniejsza to jednak efektów.

Imponują mi. Spójrzmy, co zrobili z własnym krajem. Na pustyni, z niczego, co chwila atakowani przez sąsiednie państwa arabskie, wyczarowali świetnie prosperujące państwo. Są liderami technologicznymi w wielu dziedzinach, między innymi w rolnictwie. Na pustyni! Ciągle pod presją, w stanie permanentnej wojny, arabskiej propagandy nienawiści i wciąż obecnego antysemityzmu chyba wszędzie na świecie. Jak więc może nie imponować to, jak stworzyli własny kraj. W kilka lat właściwie. A dla kontrastu spójrzmy na to, co my zrobiliśmy z Polską w lat trzydzieści. Żenujące. Że co? Że to nie my, że to Żydzi? Gdyby nawet ta idiotyczna teoria spiskowa była prawdziwa, to nadal świadczy o tym, że to my jesteśmy głupsi, nieudolni, mniej skuteczni. Bo to my na to pozwoliliśmy. Dorosłość polega między innymi na tym, że winę za zbitą szybę przestajemy zwalać na kolegę, tylko bierzemy odpowiedzialność za nasze działania i ich efekty wokół nas. Bliżej i dalej. A z Polską po 89 to zwyczajnie daliśmy dupy. My, Polacy. Nie to, żebym się jakoś specjalnie poczuwał do odpowiedzialności, ale zasług też nie mam. Bo bycie aspołecznym to chyba żadna zasługa?

Pajęczaki

Obawiając się spóźnienia na autobus, błyskawicznie dotarliśmy pod PKiN i okazało się, że mamy jeszcze wolną godzinę. Mgła opadła, więc pierwszy pomysł to taras widokowy. Dobra, tyle że kolejka po bilety, jak na London Eye. Jaka stolica, takie oko, mógłbym rzec, ale przecież kolejka podobna, więc się powstrzymam Szybki przegląd okolicy i jest: „Wystawa pajęczaków, czyli pająków i skorpionów”. Urocze, zgodnie stwierdziliśmy (zgodnie, a było nas czworo Polaków!) i ruszyliśmy po bilety.

Pająki to urocze stworzenia, a że dość kruche to wyposażone czasami w obronno-zaczepny jad. Tylko sporadycznie śmiertelny dla człowieka. Takie u nas nie występują dziko, więc chętnie się przyglądałem. Poza tym pająki same z siebie to fizjologicznie fascynujące stworzenia. Nieprawdaż?

A co z tytułem?

No tak, wypada wyjaśnić, co wspólnego mają ze sobą Żydzi i pająki. Porównanie może trochę naciągane, ale takie właśnie się nasunęło po jednodniowym maratonie: Body Worlds3 - Polin - Wystawa pajęczaków.

Pierwsze skojarzenie to takie, które pewnie przyjdzie do głowy zwolennikom teorii, że Żydzi są wszędzie i rządzą światem. I pająki i Żydzi plotą sieć, którą omotują świat. Świat pająków albo świat ludzi. Jaaasne.

Ja miałem inne skojarzenie.

Od wieków bezpodstawnie budzą strach i niechęć4, a są to przecież bardzo pożyteczne zwierzęta zjadające niechciane insekty i pasożyty, czyli poprawiają nasz komfort życia. Żydzi natomiast walnie przyczyniają się do rozwoju nauki, technologii, szczególnie medycyny, co także poprawia nasz dobrostan. Podobne? Podobne. Zwalczani od wieków ciągle sobie jakoś radzą, przy czym to „jakoś” brzmi jak eufemizm. Radzą sobie świetnie. I jedni i drudzy.

Ot i tyle, prosta analogia.


1 Strona Muzeum Historii Żydów Polskich Polin.
2 W pewnej starej żydowskiej anegdocie matka, zamiast zapytać syna wracającego ze szkoły „Czy dobrze dziś odpowiadałeś na pytania nauczyciela?” pyta: „Czy zadawałeś dziś nauczycielowi dobre pytania?”. To właśnie jedna z istotnych różnic kulturowych.
3 Niedawno pisałem o wyprawie Body Worlds.
4 Wydaje się, że pająki budzą powszechną niechęć, ale nie wiem, czy tak było zawsze, bo przecież jest takie stare powiedzenie: „szczęśliwy dom, gdzie pająki są”.


Nieśmiało zachęcam:

Podziel się, udostępnij, skrytykuj, albo złośliwie pochwal.

Więcej do czytania:


Tagi


Komentarze

Kanał RSS

Cytuję losowo


Jeśli taniec to mowa ciała, to moje ciało milczy.
Andrzej Poniedzielski
Bardzo, bordzo mi to bliskie jest.

O blogu


Umysłowy refluks. Osobisty magazyn zbłąkanych myśli, wypluwek z mniemaniami, drzazg spośród zwojów, niespodziewanych zapisków i notatków. Tak widzę i słyszę (więcej zmysłów nie pamiętam) świat. Nie twierdzę, że świat taki właśnie jest, nie twierdzę, że mam rację. Dlaczego jednak miałbym zawsze zakładać, że jej nie mam? Jest to przecie racja na miarę moich możliwości i jedyna, jaką mam. We łbie. Moja mała dzielna racja wśród wielkich kiełbi.

O blogu

Pokategoryzowałem


Się integruję


Bloglovin
zBLOGowani.pl